Electrocompaniet – norweska firma założona w 1973 roku przez Matti Otalę i Hana Lohstro. W Polsce mało znana, ale ci, którzy słuchali muzyki na produkowanych przez nich urządzeniach audio są na ogół pozytywnie zaskoczeni. 

Sprzęt firmy o nazwie tak melodyjnej i zapadającej w ucho jest… także melodyjny, a przy tym dający brzmienie mocne, nasycone i jednocześnie w dużej mierze transparentne wobec źródła. Wizualnie również może się podobać: elementy są wykonane solidnie, ciężkie, z metalową obudową i panelem czołowym odbijającym obraz na tyle skutecznie, że dałoby się wręcz w nim przejrzeć i poprawić fryzurę. Cóż, taka moda, a refleksyjne panele czołowe są jedną z sygnatur „nowoczesności” we współczesnym sprzęcie audio. Miłośnicy „konserwy”, czyli frontów ze szczotkowanego aluminium nie pożywią się tutaj, ale ci, którzy nie zapominają, że mamy XXI wiek, erę ultra nowoczesnych materiałów, lotów w kosmos (póki co głównie bezzałogowych) i Facebooka, powinni być zadowoleni.

Zadowolony powinien być także Klient, który przyniósł nam do serwisu zestaw składający się z przedwzmacniacza EC4 1/2 i końcówki mocy AW250 DMB. Kłopot z tym zestawem był nielichy, ponieważ po wcześniejszych przeróbkach sygnał w nim został, by tak rzec, ściszony. Ponadto brakowało serwisówek, których producent w łaskawości swojej nie raczył udostępniać. Co to oznaczało? Ano, że nasi serwisanci musieli się zabawić w detektywów. Serwisówkę końcówki mocy po jakimś czasie udało się zdobyć (nie pytajcie jak, mamy swoje sposoby) natomiast do przedwzmacniacza niezbędne okazały się testy, testy, testy. Za wszelką cenę chcieliśmy uniknąć rozpoznania bojem, bo wiadomo, czym mogłoby to się skończyć (śmiercią sprzętu na polu chwały), więc w trakcie pracy trzeba było wykazać się obsesyjną wręcz ostrożnością.

Nie będzie przesadnym spoilerowaniem akcji jeżeli już teraz napiszemy, że operacja udała się, pacjent nie tylko nie zmarł, ale żyje i ma się dobrze.

Wracając jednak do naszego detektywistycznego śledztwa, to pierwszym pytaniem (oczywiście poza tym jak zdobyć serwisówki) było: dlaczego ktoś miałby ingerować w oryginalną konstrukcję? (P)odpowiedź znajdowała się na tylnym panelu w postaci jednego, jedynego wejścia input. Ubogo jak na tej klasy sprzęt, a że poprzedni właściciel miał najprawdopodobniej jak najbardziej uzasadnione życzenie podpięcia do zestawu czegoś więcej, niż jednego źródła, to musiało się skończyć przeróbką. 

(Nawiasem mówiąc, przeróbka była niezwykle fachowa i nasi serwisanci byli pełni respektu dla anonimowego majstra, to raczej nie był ktoś, kto elektroniki uczył się na weekendowych kursach, w dodatku korespondencyjnych).

W przedwzmacniaczu zmieniono sprzężenia zwrotne i regulacja głośności nie działała w sposób typowy (liniowo lub logarytmicznie względem masy tylko na zasadzie zwierania sygnału zbalansowanego między + i –). W tym celu w urządzeniu znalazło się mnóstwo nieoryginalnych części, jednak żeby dojść bez serwisówki, które z nich dała fabryka a które anonimowy majster należało nieźle pogłówkować. Względnie łatwo było za to się zorientować, że w końcówce mocy zamontowano z tyłu dwa dodatkowe potencjometry – i tu ciekawostka, to były polskie potencjometry Telpod! Mało prawdopodobne (choć rzecz jasna możliwe), żeby były one na wyposażeniu serwisantów zachodnich, albo tych z zimnej Norwegii, więc na 99 proc. omawianej modyfikacji dokonywał polski majster. Godne uwagi, prawda?

Ok, skoro jednak przeróbka była jak się patrzy, to jaki był powód, dla którego rzeczony zestaw firmy Electrocompaniet trafił do naszego serwisu? – Powód był taki, że obecny właściciel sprzętu zapragnął powrotu do „fabrycznych ustawień” i stąd cały ambaras. Poprawianie fabryki rzadko przynosi dobre efekty, tu jednak efekt był co najmniej ciekawy (co nie znaczy, że lepszy), i na szczęście oderacalny. Swoją drogą, komuś musiało naprawdę zależeć na tym sprzęcie, skoro zamiast wymienić go na bardziej funkcjonalny, zdecydował się na dość kontrowersyjną – przyznajmy to – operację.