Wystawa Audio Video Show 2017 za nami. W tym roku, w ciągle zatłoczonym Apartamencie NOMOS,  królowała muzyka odtwarzana z taśmy i płyt winylowych.

Jako opis tego ogromnego wydarzenia przytoczymy obszerne fragmenty felietonu jednego z zaprzyjaźnionych z nami audiofilów. Pierwotnie cały tekst ukazał się on na audiofilskim blogu Jacka Zalewskiego „Wstęp do zwątpienia”.[!] >>> WSTĘP DO WĄTPIENIA

fragment ekspozycji NOMOS na Stadionie Narodowym. prezentacja została
przygotowana we współpracy z warszawskim salonem Top Hi-Fi

 

 

autor: Jacek Zalewski
blog – „
wstęp do wątpienia”

Audio Video Show to taka impreza, na której prezentowany jest sprzęt słabo grający, źle zestawiony i niczym nie zaskakujący – ale właśnie dlatego jej odwiedzenie to obowiązek każdego szanującego się audiofila. Żadna inna impreza w Polsce nie da mu tylu możliwości grymaszenia, wybrzydzania, narzekania i – w końcu dla równowagi – wyłowienia w gąszczu prezentowanych systemów jednej czy dwóch perełek, które skłonią go do zapoznania się z czarnorynkowym kursem nerki czy innej niepotrzebnej części ciała. Kto wie, jeżeli trafi się zdecydowany kupiec, będzie można w pakiecie opchnąć też i wiecznie marudzącą swoją lepszą połowę i uzyskane ekstra fundusze przeznaczyć na zakup nowych, ekologicznych kabli zasilających.

Jakoż i ja, w towarzystwie nigdy nie marudzącej Ani (bo obowiązek marudzenia zwykle biorę na siebie) wybrałem się na największe w kraju targi dźwięków i przywiozłem stamtąd garść wrażeń. Kontrybucję z obowiązkowego grymaszenia, wybrzydzania i narzekania obiecuję złożyć uczciwie, co – jak mniemam – da mi równie uczciwe prawo do wyrażenia kilku ochów i achów.
Audio Video Show, w skrócie AVS, odbywało się w trzech lokalizacjach: na Stadionie Narodowym oraz w hotelach Sobieski i Golden Tulip. Żeby zobaczyć, a przede wszystkim usłyszeć wszystkie ekspozycje, nie tylko trzech dni by nie wystarczyło, ale i trzech tygodni. Na szczęście nie było potrzeby słuchania wszystkiego, więc najpierw zrezygnowaliśmy z ekspozycji w Golden Tulip, bo nie było nam po drodze. Zresztą, działo się tam najmniej.

fragment ekspozycji NOMOS na Stadionie Narodowym. prezentacja została
przygotowana we współpracy z warszawskim salonem Top Hi-Fi

 

 

Festiwal niezapomnianych wrażeń rozpoczął się dla mnie w gościnnym apartamencie zaprzyjaźnionej firmy Nomos, która zorganizowała półoficjalne spotkanie z dziennikarzem radiowej Trójki, Piotrem Metzem. Pan Metz, o czym wielu słuchaczy być może nie wie, jest nie tylko miłośnikiem muzyki, ale także sprzętu ją odtwarzającego a także różnego rodzaju jej nośników, często egzotycznych. Czegoż nam nie pokazywał! Plażowy gramofon, który wyglądał jak torba na drugie śniadanie. Machinę z piekła rodem, która zagrała w „Odysei kosmicznej” (jeżeli ktoś pamięta nazwę, proszę o uzupełnienie). Nośnik muzyki wyglądający jak przerośnięta dyskietka (jeżeli ktoś pamięta nazwę… etc.). Pan Metz beztrosko przyznał, że wielu zakupionych urządzeń audio nigdy nie włączył i do wielu nośników nie ma i nie planuje posiadać odtwarzaczy, wielu okazów swojej kolekcji po prostu też już nie pamięta.
I tu pozwolę sobie na uwagę kogoś, kto nie jest kolekcjonerem i właśnie dlatego wie najlepiej, na czym polega kolekcjonowanie. Otóż polega ono na emocjonalnej więzi z przedmiotami określonej kategorii i cała przyjemność kolekcjonowania opiera się na kontemplowaniu tej więzi. Z chwilą, kiedy liczba okazów przekracza naszą zdolność pojmowania, a przynajmniej zapamiętywania, przyjemność zamienia się w abstrakcyjną relację na zasadzie: „pewnie mam, ale musiałbym sprawdzić”. Innymi słowy, może się okazać, że czerpiemy przyjemność nie z samego posiadania, ale z być może najzupełniej mylnego przekonania, że posiadamy. I to być może jest subiektywna granica kolekcjonowania: w momencie, kiedy zapominamy, co mamy, powinniśmy kolekcję zamknąć. A nie, przepraszam, kolekcjonerzy nie myślą racjonalnie i liczy się dla nich wyłącznie okaz, który za chwilę zdobędą, a nie siedemset osiemdziesiąt trzy okazy, które już upolowali.

– Piotr Metz opowiada o urządzeniach, które przywiózł ze sobą na tegoroczną wystawę – 

 

 

Dość dygresji, bo zaraz po Piotrze Metzu, równie półoficjalnie, w buduarze Nomosu pojawił się Ken Ishiwata: wizjoner, konstruktor i niezrównany gawędziarz. Pan Ishiwata posiada ponoć ogromną kolekcję płyt, ale na szczęście dla nas nie rozmawialiśmy o płytach. Dla niezorientowanych – Ken Ishiwata to człowiek, który całe swoje inżynierskie życie poświęcił projektowaniu sprzętu jak najwierniej reprodukującego dźwięk. Zorientowani wiedzą i nie trzeba im tłumaczyć: ten sprzęt dumnie nosił potem logo marantza i jeszcze bardziej dumnie tabliczkę z wygrawerowanym napisem: „KI Signature”.

Józef Tischner mówił kiedyś, że filozofia, której nie da się przetłumaczyć na góralski, jest bezwartościowa – oczywiście nie należy brać tego dosłownie: chodzi o to, że trzeba umieć o rzeczach trudnych mówić w sposób przystępny. Przypomniały mi się te słowa, kiedy słuchałem pana Ishiwaty: opowiadał o trudnych zagadnieniach elektronicznych językiem prostym i zrozumiałym także dla laików, jakby opowiadał bajkę. Takoż i my byliśmy dziećmi głodnymi pięknych opowieści i dostaliśmy je: pan Ishiwata posiadł rzadki dar sugestywnego przekładu języka elektroniki na język bajki.

Przy okazji anegdota. Pan Ishiwata wyznał, że nie ogranicza się do jednego gatunku muzycznego, ale słucha każdej muzyki. Olga z Nomosu zapytała go, czy hip-hopu także, na co odparł, że oczywiście. Nachyliłem się wtedy do Olgi i z szatańskim, ale na szczęście w półmroku niewidocznym błyskiem w oku wyszeptałem jej do ucha pytanie: „Ciekawe, czy disco polo także”. Cóż, pytanie było w złym guście i całkiem słusznie zostało między nami.

– Ken Ishiwata „sygnuje” nasze odtwarzace CD –